Egzotyczne sojusze
20-09-2009Kategorie: Geopolityka, Polska, Temat Dnia
Tagi do wpisu: dyplomacja międzymorze sojusze
Przez polskie media przetacza się fala lamentu nad utraconą tarczą antyrakietową. To nic, że często bywa tak, że najgłośniej lamentują ci, co nie tak dawno najgłośniej wyrażali swe obawy z powodu planów rozmieszczenia w Polsce elementów tarczy, istotne jest to, że znów zostaliśmy na lodzie. Po raz nie wiadomo który sojusznik okazał się wyrachowanym kunktatorem. No cóż nie mamy szczęścia do sojuszników.
Kwestię tarczy może zostawmy na boku, nie roztrząsajmy tego czy na decyzji Obamy straciliśmy, czy zyskaliśmy. Zastanówmy się raczej, dlaczego od przeszło 300 lat nasza polityka zagraniczna non-stop naznaczana jest bolesnymi zawodami.
Po raz ostatni aktywnie budowaliśmy sojusze za czasów wojen szwedzkich, czyli w połowie XVII wieku. Od tego czasu nasza polityka zagraniczna ewoluowała z czynnej w stronę biernej. O ile w czasach Sobieskiego mieliśmy jeszcze możliwość wyboru bloku, to była to tylko kwestia akcesu do już istniejących sojuszy, w których ktoś inny rozdawał karty. Nawiasem mówiąc, wybór którego wówczas dokonaliśmy, choć chwalebny, nie okazał się dla nas zbyt opłacalny. Poza piękną kartą wiktorii wiedeńskiej nie przyniósł nam nawet odzyskania Kamieńca, nie mówiąc już o jakichś poważniejszych zyskach terytorialnych. Choć to niepopularna teza, więcej zyskać moglibyśmy przyłączając sie do stronnictwa francuskiego, zyskać choćby na północy w Brandenburgii i Prusach Książęcych. Nasze zaangażowanie po stronie Habsburgów umocniło jedynie te trzy państwa, które 100 lat później rozszarpały Rzeczypospolitą na strzępy.
W następnych dziesięcioleciach, w polityce zagranicznej występowaliśmy zawsze z pozycji petenta. Od Napoleona oczekiwaliśmy niepodległości, zadawalając sie pięknymi słowami i płacąc za nie obficie krwią. W czasach II RP, mimo że Piłsudskiemu marzyła się niezależność, nasza polityka została szybko podporządkowana woli Francji i Wlk.Brytanii, co najlepiej zobrazowała kwestia wojny prewencyjnej przeciw Hitlerowi, którą marszałek planował, a którą skutecznie nasi sojusznicy zablokowali.
Roku 1939 przypominać nie trzeba, urasta on do rangi symbolu. Piękne słowa i gwarancje pchnęły nas do wojny dając zachodnim sojusznikom czas konieczny do przygotowań wojennych. Hitler, który jeszcze w 1938 planował uderzenie na Zachód, w efekcie brytyjskich gwarancji zwrócił się przeciw naszemu państwu. Hitler był może szaleńcem i fanatykiem, ale w tamtym czasie miał doskonałe wyczucie polityczne i zdawał sobie sprawę, ze jeśli uderzy na Brytanię, Polska dotrzyma swych zobowiązań i przyjdzie jej z pomocą. Było to dla niego równie oczywiste jak to, że w przeciwnym przypadku, nikt palcem nie ruszy, by dopomóc walczącej Polsce.
W wojnie tej walczyliśmy najdłużej ze wszystkich aliantów, uczestników zwycięskiego obozu i jako jedyni wyszliśmy z niej przegrani. Utraciliśmy 20% siły żywej i 50% terytorium IIRP. Utraciliśmy Lwów i Wilno - miasta na wskroś polskie, będące od wieków głównymi ośrodkami kulturalnymi i politycznymi kraju. Stolica została zniszczona w stopniu większym niż Berlin, Hamburg czy Kolonia, a do tego jeszcze trafiliśmy pod kolejną okupację, tym razem sowiecką, tracąc niepodległość na kolejne 45 lat. Wszystko to w ramach sojuszu z Wlk.Brytanią, która gwarantowała nam pomoc przeciw agresji i nienaruszalność granic.
Stanisław "Cat" Mackiewicz, z goryczą pisał na emigracji w Londynie, o naszej manii zawierania "egzotycznych sojuszy", wszystkie powyżej opisane właśnie takimi były.
Naturalny sojusz wiąże się ze wspólnotą interesów, wspólnym zagrożeniem i pewną współzależnością w obliczu zagrożenia. Najlepszym tego przykładem byłby sojusz polsko-ukraiński. Oba nasze państwa mają jednakowe położenie geopolityczne, wspólnego wroga i oczywistym jest, że jeśli Ukraina straciłaby niepodległość, Polska staje się automatycznie zagrożona w dużo większym stopniu niż wczesniej. Takiej współzależności natomiast nigdy nie było w przypadku Francji, Wlk.Brytanii czy obecnie USA.
Bo sojusz strategiczny ze Stanami Zjednoczonymi nie jest niczym innym jak kolejnym egzotycznym sojuszem, w którym to Polska przyjmuje rolę petenta, zdaną będąc na łaskę i niełaskę silniejszego sojusznika.
Polska jest wielkim 40 milionowym narodem w centrum Europy. Jeśli chcemy być poważnie traktowani, tak jak na to zasługuje naród tej rangi, musimy wreszcie skończyć z biernością polityki zagranicznej. Czas najwyższy powrócić do aktywnego kształtowania naszych sojuszy czy stref wpływów. Nie trzeba tu wymyślać żadnych nowych koncepcji, kierunek naszej aktywności wyznacza wielowiekowa historia państwa Jagiellonów a także nawiązujące do niej koncepcje federacyjne, marszałka Piłsudskiego, czy też odnowiona przez Leszka Moczulskiego ich wersja, znana pod nazwą "Międzymorza"
To jest naturalny dla nas obszar zawierania sojuszy - Litwa, Łotwa, Białoruś, Ukraina; ale także Słowacja, Węgry czy Rumunia - dla tych państw możemy i musimy być liderem, ich interesów powinniśmy bronić na forach międzynarodowych.
Oczywiście aktywnej polityki nie da się uprawiać takimi samymi metodami jak biernej. Nie da się jej robić z ręką wyciągniętą po datki, musimy pogodzić się z myślą, ze będzie nas to kosztowało.
Ale jeśli stać nas na wpłacanie co roku do kasy UE 5-6 mld euro, otrzymując w zamian niewiele, bo inwestycje infrastrukturalne czy dopłaty dla rolników w niewielkim stopniu wpływają na wzrost PKB, to dlaczego nie moglibyśmy zainwestować w projekty energetyczne, które silniej połączą nas z Ukrainą (rurociąg Odessa-Brody), czy Litwą (elektrownia atomowa). Jak dotąd wszelkie rozmowy na te tematy, kończą się niestety na finansach, co nie wzmacnia bynajmniej naszego autorytetu i pozycji lidera.
Nie mówię tu o tym, by całkowicie zerwać stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, czy Zachodem Europy.
Byłoby to niepoważne i pozbawiło nas wielu korzyści, jakie z nich można wyciągnąć. Nie nadajmy im jednak statusu "sojuszu strategicznego", bo takim nie są i nigdy nie będą. Nie mamy żadnych atutów, które mogłyby sprawić, że USA traktować nas będą poważnie. Nie mamy w obecnej sytuacji geopolitycznej żadnych szans na uzyskanie statusu, jakim cieszą się Turcja czy Izrael. Może kiedyś, na pewno nie dziś.
Nie łudzę się, że zmiana nastąpi szybko. Elity, którym powierzyliśmy w demokratyczny sposób władzę, charakteryzuje ogromna inercja. Łatwiej im trudne i wymagające zadania złożyć na barki zewnętrznych instytucji, takich jak Unia Europejska, niż samodzielnie podejmować ryzyko i odpowiedzialność. Zatem na zmiany jeszcze trochę poczekamy, ale wielkim krokiem naprzód mogłoby być wykorzystanie sprawy tarczy do zainicjowania poważnej debaty na te tematy.
Zamiast rozpaczać i użalać się nad naszą polską dolą i niewdzięcznością sojuszników, zacznijmy rozmawiać, o naszej postawie i dalekosiężnych celach w polityce zagranicznej.
Jeśli pojawi się, choć kilka głosów, które dyskurs zainicjują, sprawa tarczy wcale nie musi się okazać naszą porażką.
Piotr Górka
autor prowadzi stronę - KonserVat
Komentarze: (2)
http://www.europa21.pl/pomoc.html
WYKOP
BLIPNIJ
STUMBLEUPON

Czemu połowa artukułów na tym portalu jest na temat Rosji???